poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 3

Rezydencja Sebastiana Morgensterna, Pogranicze Francji

Izabella

Nie wiem jak długo byłam nieprzytomna, ale wiedziałam że coś jest nie tak. Gdy otworzyłam oczy byłam w jakiejś komnacie, która była idealną repliką mrocznej komnaty z jakiegoś horroru. Moje nadgarstki były związane sznurem i to naprawdę solidnie. Czułam, że mam je zdrętwiałe. Zaprzestałam z nimi walki i rozejrzałam się po pokoju, ale było tak ciemno, że dopiero kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zobaczyłam kontury toaletki, szafy, wielkiej biblioteczki i biurka. Przy łóżku było dosunięte krzesło, na którym siedziała jakaś osoba, ale się nie odzywała. Wiedziałam jedynie, że to musiała być dziewczyna. Zaczynała się podnosić i miała już zamiar kierować się do drzwi, kiedy do niej szepnęłam:

-Nie odchodź, PROSZĘ! 

W tedy dziewczyna się zatrzymała i zdjęła płaszcz. To była moja przyjaciółka- Victoria.

-Nie miałam takiego zamiaru Bell.

-Vici? Co ty tu robisz? I w ogóle gdzie my jesteśmy?-zapytałam z rozpaczą. 

-Kiedy zemdlałaś Markus rozkazał mnie uwięzić w lochu, a ciebie zabrał do tej komnaty. Niestety zapomniał, że ja jestem czarownicą, która nawet w takiej sytuacji da sobie radę.- spojrzał na drzwi i skierowała swój wzrok na mnie- Później pogadamy, teraz jest najważniejsze, żebyś stąd się wydostała.-po tych słowach zaczęła rozwiązywać moje związane sznurem dłonie, ale w tym samym czasie do pokoju wszedł Markus. 

Na jego widok poczułam chęć mu dołożyć. "Co on sobie myśli porywając mnie?"-pomyślałam z gniewem. Markus spoglądał to na mnie, to na Vici i uśmiechnął się z zadowoleniem. 

-No nareszcie się obudziłaś Izabello. Już myślałem, że coś złego ci się stało.-jego wzrok był władczy, następnie spojrzał na Victorię i rzekł- Jednak zbyt słabo cię doceniłem czarownico.

-Najwidoczniej-odparła moja przyjaciółka, nie przestając go obserwować- Zostaw nas w spokoju, inaczej będziesz mieć tutaj za chwilę armię Nocnych Łowców.

-Nie boję się ich, a nawet chcę, żeby tutaj przybyli, kiedy nadejdzie Ceremonia Przemiany.-odparł z satysfakcją.

-Jaka Ceremonia Przemiany?-zapytałam z przerażeniem.

-Och, moja droga Izabello, to Ceremonia, w której zmienisz się w Mroczną Księżniczkę i nikt mi w tym nie przeszkodzi, nawet twoja przyjaciółka czarownica.-odparł z satysfakcją, po czym dodał-W tedy będziesz tylko i wyłącznie moja. Na zawsze!

-Chyba oszalałeś!-krzyknęłam z oburzeniem-Ja nigdy nie będę twoja!

Podszedł do mnie i złapał mnie jedną ręką za brodę. Jego usta były oddalone niecały centymetr od moich. Victoria próbowała się ruszyć, ale nie umiała nawet podnieść nogi. "Zaklęcie"-pomyślałam. Jego czarne, jak onyks oczy wwiercały się w moje. Pogłaskał mnie po policzku drugą dłonią, po czym mnie pocałował w usta. Jego pocałunek był natarczywy i smak niczym kwas. Wpadłam tylko na jeden pomysł. Ugryzłam go w wargę. Natychmiast się ode mnie odsunął i dotknął w miejsce, gdzie go ugryzłam i zobaczyłam krew. Ale nie była czerwona, tylko czarna. Spojrzał na mnie z niesmakiem, ale szybko zmieniło się w pewne siebie spojrzenie.

-Niedługo będziesz pragnąć moich pocałunków. Zobaczysz.-odparł, po czym spojrzał na Vici, po czym zwrócił się do swoich sługów, na których nie zwróciłam wcześniej uwagi-Zabierzcie ją do lochów, ale tym razem ją przypilnujcie lepiej. A i powiedzcie mojemu ojcu, że Izabella się obudziła i możemy zacząć Ceremonię.-dodał, kiedy zaczęli się oddalać z moją przyjaciółką. 

Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Policzek zaczął mnie piec. Zaczął zmierzać w stronę wyjścia. Gdy miał już zamknąć za sobą drzwi, powiedział jeszcze przez ramią.

-Niedługo będziesz Panią Ciemności, tak jak przepowiedziała wyrocznia. Nie miej nadziei, że ktoś po ciebie przyjdzie.-odparł z niezbyt pewnym siebie głosem. Jakby siebie przekonywał, a nie mnie-Nikt nie będzie ryzykować dla ciebie życia.-po czy zamknął drzwi na klucz. 

Słyszałam jak się oddala, a ja myślałam tylko o jednej osobie. O Dagonie. Tylko on może mnie znaleźć. Skupiłam się jak tylko mogłam, aby myśleć o nim. Miałam nadzieję, że dzięki temu uda mu mnie zlokalizować i przybyć na ratunek. 

Minęła godzina i już traciłam wiarę, że dzięki temu że o nim myślę mnie znajdzie, ale w tedy usłyszałam trzask lecącego na ziemię szkła. Odwróciłam się i sobaczyłam Dagona w jej anielskiej postaci: rozłożyste białe skrzydła, srebrzysty struj, a za plecami miał upięto miecz, niczym kołczan. Spojrzał w swoimi złotymi oczami na mnie i podbiegł do mnie. W tedy myślałam, że wszystko będzie dobrze, kiedy mnie uwolnił z więzów, jednak się pomyliłam, gdyż do pokoju wbiegły demony. Dagon na tą sytuację krzyknął w moją stroną tylko jedno słowo: 

-UCIEKAJ!

Pobiegłam do drzwi i wybiegłam na korytarz. Demony na mnie nie zwracały uwagi, a ja biegłam jak najdalej od nich. Jak najdalej od tego wszystkiego. 

Jak najdalej do Markusa.

*********************************************************************************

I co wy na to? Wiem, że długo nie pisałam, ale mam nadzieję, że wam się spodoba rozdział. Proszę o komentarze o ocenie bloga. Na razie to wszystko z mojej strony. Do zobaczenia. Elena ;*




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz